47-roninów

Oglądając: 47 roninów (2014)

Zmarnowana po studniówce, wręcz padnięta, postanowiłam iść do kina na coś, co mnie rozrusza. Długo nie zastanawiałam się, na co chcę iść. „47 roninów” to film, który wpadł mi w oko już dosyć dawno i wydawał się idealny na ten dzień. Trailer zapowiadał akcję i niezwykły klimat, który uwielbiam – jestem bowiem miłośniczką japońskiej atmosfery oraz mitologii. Dlaczego więc po wyjściu z kina posmutniałam i stwierdziłam – „Nie powinnam była iść na ten film”?

Carla Rinschina można nazwać debiutującym reżyserem. Na swoim koncie ma krótki film o futurystycznej Rosji, gdzie panują androidy, który jest reklamą dla Philipsa, jak udało mi się odnaleźć oraz właśnie „47 roninów”. Ten brak wprawy w tworzeniu można zauważyć w tym długometrażowym dziele. To, że jest to jednak świeży na rynku reżyser, odkryłam dopiero po seansie.
Film jest oparty na legendzie o czterdziestu siedmiu roninach z początku XVII wieku. Grupa samurajów przez rok planowała zemstę na okrutnym szogunie, winnym śmierci ich pana. Aby przywrócić ład i spokój swojej prowincji, wyruszają w podróż, która choć ulży ich sumieniom, na pewno ich zgubi. Historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które rozegrały się w feudalnej Japonii. Do tej pory pamięta się tam historię o „47 roninach”.
Oczekiwałam filmu pełnego akcji, zwłaszcza, że gatunek „przygodowy” do czegoś zobowiązuje. Pierwsze kadry nastrajały pozytywnie – historia zmierzała w dobrym kierunku. Kiedy zorientowałam się, że nie zabraknie też elementów fantasy, byłam przekonana, że ten film niezwykle mi się spodoba. Były przecież smoki, czarownice, opętania, mitologiczne stwory… i być może właśnie było tego za dużo, gdyż reżyser oprócz tego typu motywów chciał dodać jeszcze więcej! Pierwotnie miała to być historia o honorze, o walce, jednak została zdominowana przez melodramat – to przesycenie zaowocowało bardzo nieprzyjemnym widowiskiem, który wyzwalał w widzu chęć płaczu, a wychodząc z kina, można było zauważyć również osoby ukradkiem ocierające oczy.
Z tego też względu fabuła niestety nie przypadła mi do gustu. Mimo dobrych chęci reżysera i scenarzysty – „47 roninów” stał się mocno przesadzonym filmem, w którym teoretycznie każdy miał znaleźć coś dla siebie. Zabrakło mi w tej masie pewnego rodzaju spójności, która wyłagodziłaby całość. Paradoksalnie nagromadzenie wątków wcale nie zdynamizowało akcji – tempo było na naprawdę słabym poziomie. Nim się obejrzałam, wyemitowano kluczowe sceny, a nawet one nie sprawiły, że wzrosło napięcie na sali.
Wyżej wspomniany melodramat był nadzwyczajnie wyeksponowany. Często narzekamy na tego typu zabiegi w książkach, jednak nigdy – do tej pory! – nie irytowało mnie to w filmach. Właśnie ze względu na wątek romansowy, nie mogłam wytrzymać w sali kinowej. Historia – owszem – była piękna, taka jak powinna być w tym wypadku: pełna przeciwności losu, prawdziwa, wzruszająca, ale… oglądając trailer nigdy nie spodziewałabym się czegoś takiego!
Brakowało mi bardziej zarysowanych postaci, do których faktycznie bym się przywiązała. Tymczasem dostałam całą masę – bo nawet ponad czterdziestu siedmiu – bohaterów, którzy byli mi niezwykle obojętni. Jedynie wiedźma, która zachwyciła mnie już w trailerze, była faktycznie postacią, która miała charakter i była zagrana w taki sposób, że zapadło mi to w pamięć. To właśnie Rinko Kikuchi stałaby się poniekąd główną bohaterką historią, gdyby to pojawiała się na ekranie częściej. Żałuję w takim razie, że chociaż czarny charakter, lord Kira, nie został mocniej zarysowany, bo podniosłoby to chociaż trochę poziom tego filmu.
Uroku – którego nie mogę nie zaznaczyć – dodają tej produkcji naprawdę śliczne krajobrazy, które stwarzają unikalny klimat. To jednak zbyt mało, by uratować ten film przy kulejącej fabule.
Przyznaję, że po tym filmie oczekiwałam chociaż dobrej zabawy, czegoś, co może nie zachwyci, ale zajmie na dwie godziny. Ostatecznie wyszłam z kina nie dość, że zmęczona po zabawie do rana, to również… smutna. Zakończenie było dla mnie nieco zaskakujące, chociaż mogłam się go spodziewać. Jestem pewna, że sięgnę po papierową wersję tej legendy, by skonfrontować uczucia, jeśli zaś chodzi o ekranizację, uwierzcie – możecie ją sobie odpuścić.
Pozdrawiam
  • http://www.blogger.com/profile/02195116056029490621 Natalie Rosa

    Kolejna niepozytywna recenzja tego filmu… A szkoda, bo naprawdę miałam na niego ochotę :C

  • http://www.blogger.com/profile/11523670966475975804 Donna Webner

    Poszłabym na ten film ze względu na aktora, nie samą fabułę, którą szczerze, to mam gdzieś. Nigdy nie interesowałam się takimi klimatami, a "Ostatniego Samuraja" oglądałam raz w życiu i więcej nie powrócę. Może kiedyś ten film pojawi się na ekranie mojego telewizora, ale do kina się nie wybieram.

  • http://www.blogger.com/profile/00057362903004728874 Edyta

    Podobnie jak Donna obejrzałabym ze względu na Keanu. :)

  • http://www.blogger.com/profile/09058843324891902607 Polaris

    Ja też miałem ochotę na ten film, ale nie zbiera on zbyt pozytywnych recenzji, szkoda!

  • http://www.blogger.com/profile/11651531490804260432 Tea

    Oj chyba daruję sobie ten film 😉

  • http://www.blogger.com/profile/16492967000638568143 Adriana B

    Na początek przeczytam książkę, a później w domu kiedyś go obejrzę 😉

  • http://www.blogger.com/profile/10030691149764712609 Ola C.

    A zapowiadało się tak fajnie :/

  • http://www.blogger.com/profile/01960874006281972986 Natalia Z

    No…więc ja odpuszczam! ;D
    Pozdrawiam :3

  • http://www.blogger.com/profile/08755396100507139138 Katarzyna Meres

    Szkoda… Mój narzeczony chce iść na ten film, zobaczymy czy nam się uda i jakie będą moje odczucia :)

  • http://www.blogger.com/profile/02134401353258230454 Anna Flasza-Szydlik

    Zewsząd niepochlebne opinie, ale trailer zapowiadał się tak miło. Może nie na film roku, ale liczyłam na sprawnie zrobione, trzymające w napięciu widowisko.

  • http://www.blogger.com/profile/12105975053742776195 niby-recenzent

    Też się zastanawiam nad obejrzeniem tego filmu, bo Keanu Reeves gra z roku na rok coraz gorzej, szczególnie w najnowszym "Man of Tai Chi" – istna katastrofa… a recenzja się przyda, oj przyda się.